Madryt to niby brama Europy na Amerykę Południową. Szukałem jakichś znaków związanych z Peru, ale jak na razie znalazłem raczej te związane z Polską. Spotkałem dzisiaj więcej rodaków niż przez całe ostatnie cztery miesiące. W miejscu, z którego odjeżdżają busy było ich dużo więcej niż wczoraj, oprócz tego jeszcze więcej kiełbasy i jeszcze więcej gazet. Nie wiem dokładnie czym się tam wszyscy zajmują, ale wolę nie wnikać po tym jak po pojawieniu się policjantów usłyszałem neispokojne głosy typu “Pały idą, uwazaj!”
Dowiedziałem się gdzie są polskie kościoły,
a jak byłem w pobliskiej kafejce internetowej to zainstalowany był program gadu-gadu. W kościele ludzi sporo, ale było jeszcze miejsca dla wielu innych wiernych. Mimo to część z nich stała przed kościołem oparta o barierkę po drugiej stronie ulicy. Wywnioskowałem, że muszą to być sportowcy, przynajmniej tak wskazywał na to ich hahaczykowaty strój. Prawdopodobnie byli zmęczeni po treningu i potrzebowali więcej tlenu niż zwykli śmiertelnicy. Po mszy tradycyjnie ogłoszenia, ale wcale nie parafialne tylko o pracy.
Ruszyłem również w poszukiwania Inków, ale niewiele znalazłem. Jedyne co to w muzeum na obrazach małpki i twarze wyglądające na indiańskie. Na “ostatniej wieczerzy” półmisek pusty,
a murom czy chodnikom dużo brakuje do tych inkaskich.
Odwiedziliśmy też stację, w okolicy której został dzisiaj odsłonięty pomnik ku czci ofiar sprzed trzech lat, jednak żadnych wielkich obchodów nie było.
Moją uwagę w metro zwróciła tablica pokazująca ile minęło od odjazdu ostatniego pociągu. To chyba po to, żeby dobić spóźnialskich.
Na koniec akcent wspinaczkowy. Na jednym z obrazów przedstawiającym tryumf śmierci widać między innymi śmierć znajdującą się w przewieszeniu. Już dobrych kilka wieków temu wiedzieli co i jak.
I jeszcze podziękowania dla chłopaków, którzy mnie gościli w Madrycie. Un brazo!



Bardzo spodobał mi się artykuł oraz zdjęcia. Pozdrawiam.