W Cusco zawitaliśmy kilka dni i w końcu trzeba było ruszyć z powrotem. Niby nic trudnego, wsiadasz w autobus i wracasz, ale w rzeczywistości nie było to takie proste. Wiedzieliśmy mniej więcej kiedy odjeżdżają autobusy, więc spokojnie przygotowaliśmy bagaże i jeszcze ruszyliśmy na ostatnią przechadzkę po mieście. Jakoś nie spieszyło nam się na dworzec, bo wiedzieliśmy, że czeka nas 20 godzin jazdy, na dodatek spory kawałek prowadził przez drogi nieasfaltowane.
Łazimy sobie i łazimy, a tu nagle bach… zagaduje ktoś do nas po polsku. Bardzo ucieszyliśmy się ze spotkania, bo nas, Polaków, nie ma tu wiele.
Po krótkiej rozmowie pod sklepem okazało się, że rozmowa będzie dłuższa. Dowiedzieliśmy się, że Tomek jedzie na rowerze dookoła świata, ruszył z Europy, potem Argentyna, Chile, a teraz Peru, więc było o czym gadać. Spędziliśmy ze sobą kilka dobrych godzin, trochę się pośmialiśmy, trochę sobie pofilozofowaliśmy, a w tajemnicy przyznam, że nawet i trochę ponarzekaliśmy (to tak, żeby dochować naszej niechlubnej polskiej tradycji :P).
Jak już dotarliśmy na dworzec to już nie było miejsca w żadnym autobusie, my jednak bardzo chcieliśmy gdzieś się ruszyć, więc postanowiliśmy działać. Miejsc wyczarować się nie dało, ale można było zmienić trasę - wzięliśmy nocny autobus do Arequipy. Dotarliśmy raniutko, autobus do Limy ruszał po południu, więc mieliśmy kilka godzin. Napadliśmy kilka sklepów z pamiątkami, posiedzieliśmy sobie na pięknym ryneczku i tak nam sobie minął dzień.
I jeszcze jedno spostrzeżenie. Jak byliśmy w tym mieście tydzień wcześniej, na początku naszej podróży to, spragnieni promieni słonecznych, zawsze łaziliśmy tą stroną ulicy, gdzie było słoneczko. Teraz już słońca mieliśmy dość i nawet jak łaziliśmy tymi samymi ulicami to tym razem poznawaliśmy je od drugiej strony chodnika.
Wracając do Limy autobus mieliśmy jeden krótki przystanek gdzieś na środku pustyni.
Była tam jakaś restauracja, ale taka, że strach do niej wchodzić, więc czekaliśmy sobie na zewnątrz wśród otaczającego nas wielkiego nic.
Zresztą nie tylko my woleliśmy sobie posiedzieć na świerzym pustynnym powietrzu.
Następnym przystankiem była Lima, w sumie też pustynia, ale bardziej ucywilizowana.



0 Odpowiedzi do “Powrót do Limy”