Jestesmy w Puno, czyli nad jeziorem Titicaca. Wyruszylismy rano, chcielismy raniutko, ale przeszkodzila nam defilada na czesc Alinki, ktora tutaj bywa nazywana “Al Inca”. Generalnie rzecz biorac czujemy sie tutaj dosyc bezpiecznie, szczegolnie Alinka zostaje otaczana specjalna opieka
Wreszcie zapakowalismy plecaki
i ruszylismy do Puno. Przyjechalismy stosunkowo pozno i jak na razie zobaczylismy sobie miasteczko tylko powierzchownie, tzn. Plaza de Armas
bardziej zaznajomilismy sie jedynie ze sprzedawca ziolek. Och, niezle z niego ziolko - poczestowal nas pewnym specyfikiem od ktorego nam sie od razu cieplej zrobilo. Sluchalismy opowiesci o prawie kazdej rzeczy, ktora sprzedaje i bylo bardzo smiesznie. Nie kupowalismy za duzo, bo pewnie nie wszystko mozna wywiezc legalnie z Peru.
Na koniec jeszcze zdjecie jeziorka. Tak troche dla zmylki, bo to nie Titicaca tylko jakies mniejsze, ktore mijalismy po drodze. Jak widac Titicaca nie jest takie samotne i ma mniejszych kolegow wokol.
Droga do Puno dostarczyla nam wiele wrazen, gdyz jechalismy autobusem pelnym Peruwianczykow, ktorzy zachowywali sie troszke inaczej niz ci, z ktorymi dotychczas dane nam bylo podrozowac. Po pierwsze wznosili okrzyki jak na meczu pilkarskim. Gdy odjazd opoznial sie o kilka minut to krzyczeli spolnie “vamos!”, czyli “jedziemy!”. Jak okno bylo za bardzo otwarte to nie chcialo im sie go zamknac tylko znowu krzyczeli. Jak film, ktory lecial w TV byl za glosno to tylko narzekali, a nikomu nie chcialo sie powiedziec, zeby sciszyl. Nie wiem dokladnie w czym rzecz, ale chyba wiedzieli co robili. Mi troche to przeszkadzalo, wiec poszedlem do kierowcy, zeby cos z tym zrobil.
Sek w tym, ze kierowca i pilot oddzieleni sa od pasazerow takimi drzwiczkami. Pukam… nic. Pukam glosniej, znowu nic. Peruwianczycy krzycza, zebym walil mocniej, wiec wale. Wypatrzylem, gdzie siedzi pilot (to ten co mial sciszyc), i chce walic w szybke, ktora jest najblizej niego. Patrze, a tu na szybce jest pajaczek, tak jakby juz ktos kiedys tez probowal zwrocic uwage pilota. Troszke ostudzilo to moje zapaly w waleniu, ale nie poddalem sie i pilot w koncu wyszedl. Otwiera z wielce obrazona mina, a ja mu tlumacze, zeby troche sciszyl. Zgadnijcie co zrobil? Wzial i wylaczyl film.
No i teraz wyobrazcie sobie caly autobus Peruwianczykow patrzacych na mnie wilkiem… niektorzy zaczeli gwizdac, ale szybko im sie znudzilo. Filmu nie bylo, wiec zaczelismy rozmawiac z sasiadami i zanim dojechalismy do Puno wiedzielismy o tym miescie tyle, ze moglismy sie czuc calkiem swojo.



hehe, czy ten pan czestuje was czyms z tego duzego sloika z napisem: “impotencia”? lol

ciekawe co czai sie w pojemniczkach “baba caracol”…
Alinka, musisz sobie znalezc lepsza obstawe, bo Ci komandosi to Ci ledwo do ramion siegaja
Szwagrze,
mam nadzieje ze sie dobrze opiekujesz moja siostra ;-))
czekam z niecierpliwoscia na dalsze zdjecia i opisy z wysp plywajacych i jeziora Titicaca…
dwa tygodnie temu moczylismy sie w goracych mineralnych zrodlach kolo Montalcino w Toscani, a potem wspaniale wino Brunello di Montalcino…
pozdrawiamy z kwitnacej magnolia Florencji
Ania i Nik
Hehe Wiktor, nie do konca, ale dobrze kombinujesz, bo w momencie robienia zdjecia pokazywal nam jakis suszony korzen i tlumaczyl, ze jest w ksztalcie fallusa =)
Aniu, jak widzisz Alinka opiekuje sie nie tylko ja, ale tez i zolnierze =P. Goracych zrodel tak nie zazdroscimy, o w Peru tez mamy, ale winko… w Peru marne maja ;-(
hmm widze, ze robi sie coraz rodzinniej na tym blogu.. i bardzo mnie to cieszy :))
Aniu mam nadzieje, ze Szymon w dosadny sposob pokazal, ze naprawde tu jestem bezpieczna
Wiktorowi mozemy zdradzic przepis na nalewke ‘impotencia’ - czystym spirytusem zalewasz wszystkie mozliwe ziola/korzenie/inne cuda dostepne na stoliku
pozdrawiam wszystkich serdecznie!