Shuauac

Droga na ShahuacCzasami mi się wydaje, że w Peru wszystko jest prostsze. Czasami jest dokładnie odwrotnie. Jednak jeżeli chodzi o zdobycie góry wyższej o ponad 300 m niż najwyższa góra w Europie - nie ma problemu! Cena wyprawy to jakieś 60 złotych, a start z poziomu morza.

Atak na Shahuac (czyt. Szałak) był przewidziany na jeden dzień. Najpierw w sobotę wieczorem dotarcie do miejscowości San Mateo położonej na jakichś 3500 m n.p.m., tam ostatnie zakupy, nocleg i szybka aklimatyzacja. Miejscowość fachowa, bo położona w pobliżu kopalni i pełno w niej górników, szczególnie o poranku. Jedni stoją sobie przy drodze, trzymając w rękach kaski i czekając na niewiemco, inni siedzą cicho w baro-restauracjach i czekają na strawę - “milczący arystokraci” (jak ich nazwał kiedyś Maleńczuk).

Hotel, którym spaliśmy też górniczy. Całkiem wygodny i przyjemny, ale długo w nim miejsca nie zagrzaliśmy, bo o 4-tej rano trzeba było wstać. Było nas 15 osób, czekały na nas 3 taksówki. Wychodzi 5 osób na taksówkę. Jeżeli dodać do tego taksówkarza to jak nic wypada, że jedna osoba musi siedzieć w bagażniku.

Taksowka

Na marginesie dodam, że w Peru jazda w bagażniku to normalka. Nasz rekord to 8 osób w jednej taksówce, ale widziałem 10 :-)

Taksówki wywożą nas za przełęcz Ticlio, czyli najwyższy punkt przy przejeździe przez Andy. Tak, właśnie tam gdzie przebiega kolej Malinowskiego, niegdyś najwyższa na świecie, ale teraz chyba Chińczycy zbudowali coś jeszcze bardziej wzniosłego. Przełęcz położona jest kilkadziesiąt metrów wyżej niż Mount Blanc. Potem zjeżdżamy z drogi asfaltowej i jedziemy jeszcze jakiś kawałek drogami polnymi. Nasza taksówka nie mogła złapać oddechu i miejscami trzeba było wysiadać.

Przy przygotowywaniu sie do wymarszu zwróciłem uwagę na buty jakie mieli inni. Po Beskidach chodziłoby się im trochę ciężko, bo większość miała plastiki, albo przynajmniej wwysokie buty z gumą dookoła. Był też jeden koleś, który nie był tak dobrze wyposażony. Być może też był pierwszy raz w tych górach, bo przygotował się aż zbyt gorliwie. Chodziły słuchy, że jest śnieg, więc wyciągnął swój zestaw taśm samoprzylepnych i poobklejał wszystko co się dało. Najpierw buty, a potem do swoich cholewek dokleił worek plastikowy - jako ochrona od śniegu. Ostatecznie śniegu nie było, ale on twardo spędził cały dzień w swoim kosmicznym stroju.

Kosmiczne buty

Jak już wszyscy się przygotowali a nasz kosmita poobklejał co się dało to nie pozostało nic tylko iść.

Droga na Shahuac

Droga na Shahuac

odpoczywać

Odpoczynek ShahuacOdpoczynek ShahuacOdpoczynek Shahuac

i oglądać widoki

Widoki Shahuac Widoki Shahuac Widoki Shahuac Widoki Shahuac

Przed samym szczytem jeszcze dobrze go sobie oglądnęliśmy i atak. To zdjęcie zrobione jeszcze przed szczytem

Przed Shahuac

na sam szczyt nie było łatwo dotrzeć. Technicznie nic wielkiego, może poza tym, że skała była krucha, ale wysokość robi swoje. Popatrzcie tylko na jednego z moich towarzyszy (film).

***

Do tej pory wszystko było pięknie. Niby 5166 m n.p.m., ale nawet mnie główka nie bolała. Jednak przy schodzeniu dała się we znaki i poczułem też zmęczenie. Pod koniec w trakcie każdego odpoczynku zasypiałem w 30 sekund, ale jakoś się zwlokłem. Wszystko zajęło nam ok. 8 godzin.

Jak tylko wsiedliśmy do naszych taksówek, które nas miały zwieźć do San Mateo, zaczęło padać. W końcu mamy porę deszczową. Na początku tylko padało, ale potem zaczęło lać jak z cebra, trochę deszczu, trochę śniegu. Potem doszły pioruny. Niby nic takiego, ale nie zapominajcie, że wymęczony Szymon siedział w taksówce. A taksówkarzom w Peru zawsze się spieszy, właściwie to spieszy się wszystkim kierowcom. Zobaczyłem jak brał pierwsze kilka zakrętów, jak wyprzedzał ciężarówki na krętej drodze i w tym samym momencie przecierał sobie szmatką szybę i stwierdziłem, że to już za dużo na jeden dzień. Zamknąłem oczy i zasnąłem. Tylko od czasu czasu budził mnie mocniejszy grzmot, ostrzejsze hamowanie czy też klakson ciężarówki. Niewątpliwie ta część dnia dostarczyła najwięcej wrażeń.

Więcej fotek

6 Odpowiedzi do “Shuauac”


  1. 1 m&k sobota, 10 luty 2007 @ 11:10

    Oj Szymonku dużo tam masz wrażeń:)Piękne te widoki będziesz miał co opowiadać jak wrócisz :) a to już nie tak długo :) No i jeszcze tzauważyłam że ten nadmiar hiszpańskiego sprawił że zapomniałeś poprawnej polszczyzny…zaszłem :) o już wracaj do nas:0 buziaki od Janickich :)

  2. 2 m&k sobota, 10 luty 2007 @ 11:11

    sorki nie zaszłem…tylko zeszłem :)

  3. 3 szymonperu sobota, 10 luty 2007 @ 17:58

    Pięknie! Widzę, że jesteście jeszcze bardziej czujni niż Inkowie w najstromszych górach. Melduję, że poprawiłem i “zeszłe” słowo to już “zaszła” historia :-P.

  4. 4 wiktor niedziela, 11 luty 2007 @ 17:39

    tzn. wylezliscie na szczyt czy nie? a co z tymi 5500 ktorych sie nie udalo zdobyc? to jakas inna gor(k)a? ;-)

    btw, zdjecie ishinca02 (http://www.flickr.com/photos/szymonperu/386180857/in/photostream/) rzadzi! godny widok…

  5. 5 szymonperu wtorek, 13 luty 2007 @ 4:23

    Na szczyt wylezlismy, a Ishinca, czyli 5500 bedzie opisana pozniej :P. A zdjecie, ktore rządzi to tak po prostu Ci się podoba, czy może poznałeś Huascaran?

  6. 6 wiktor wtorek, 13 luty 2007 @ 8:50

    poznalem Huascaran :D

Napisz odpowiedź