Wspinanie to nie jedyny ciekawy sport, który można uprawiać w Limie. Miasto to znajduje się nad samym Pacyfikiem i prawie w każdym miejscu, w którym są fale można znaleźć wielu surferów. Nie omieszkałem spróbować i tego sportu.
Jak się ogląda surfowanie na filmach to wszystko wygląda pięknie i łatwo, ale tylko wygląda. Na początek, żeby się nie zniechęcić, zacząłem od tzw. bodyboardingu, czyli deski, na której się pływa leżąc, nie stojąc. Kiedyśtam pożyczyłem od kogoś na plaży na parę minut, ale dużo sobie nie popływałem. Właściwie to strasznie się sponiewierałem, bo nie wiedziałem jak wypłynąć w morze i strasznie się nawalczyłem z falami. Jak wróciłem na brzeg to czułem się jakbym wyszedł z pralki i w ogóle nie wiedziałem jak się nazywam.
Kolejny raz to też bodyboarding, tym razem znalazłem miejsce gdzie wynajmują to cudo. Namówiłem Patricka i ruszyliśmy.

Miejsce było świetne, bo fale załamywały się tak, że łatwo było wypłynąć i zacząć ślizganie.

Wszystko działo się gdzieś na obrzeżach Limy i miejscowi strasznie się śmiali z dwóch gringo, ale koniec końców pomagali nam i mówili jak łapać fale, jak się rusza, etc. Oj, fajnie było! Siedzieliśmy godzinę, więcej się nie dało, bo zaczęło się ściemniać. Poza tym woda była taka zimna, że normalnie nie pływałbym więcej niż 15 minut. I pomyśleć, że to wszystko za 2 złote!
Wreszcie stwierdziłem, że już mogę spróbować prawdziwej dechy, takiej, na której się stoi. Instynkt podpowiadał mi, żeby się nie rzucać na tzw. deski hawajskie, tylko wziąć longboard, deskę, która jest dużo większa, ale łatwo na niej ustać. Ezequiel miał iść ze mną wypróbować to cudeńko, ale w końcu wybrał bodyboarding.

Podobnie jak wcześniej jak już wypłynąłem na morze to ludzie mi pomagali i mówili co i jak. A jak wrażenia? Ufffff!!! Strach w oczach, pływa się szybciej niż sobie to wyobrażałem, poza tym przy brzegu czyhały jakieś kamienie, ale ostatecznie… udało mi się stanąć. Coś pięknego!
Mam nawet fotki “z akcji”, ale ich jakość jest bardzo kiepska. Ale coś zobaczyć się da. Ten koleś co macha rękami i wypina tyłek to ja.
A to zdjęcie troszkę mnie wsprawia w zakłopotanie bo nie wiem, który to ja. Moje przeżycia i wrażenia, które towarzyszyły moim ślizgom mówią, że to ten co płynie. Ale jest też bardzo prawdopodobne, że ta kulka wystająca z wody to głowa Szymona drżącego ze strachu przed nadchodzącą falą. Jak tylko spotkam fotografa to się dowiem.



:):):):):)
Mówisz że jest jazda i na takiej bez żagla??
Też bym spróbował…
A jak prędkości na czymś takim się rozwija??
Duże?
Pozdrawiam!
Powiem tak, jakbys zmierzyl to pewnie nie wyszloby nic imponujacego. Ale jakbys siadl na taka deche to strach w oczach! Plyniesz sobie spokojnie, szukasz fali, rozpedzasz sie, a tutaj nagla taaaka fala Cie porywa, piana wokolo, decha pedzi coraz szybciej, caly czas slizgiem. Myslisz tylko o tym, zeby nie spasc. A jak zlecisz i fala Cie porwie to czasem nie wiesz gdzie jest gora a gdzie dol. Fajnie jest
Jeszcze jedno, rekord predkosci na windsurfingu to ok 80 km/h, ale jak plyniesz i wieje takie sobie 4 to masz wrazenie jakbys lecial! Tutaj jest podobnie.