Drugi dzień mojej wyprawy spędziłem w górach. Wstałem o 4:30, wsiadłem do pierwszego autobusu i już przed 8 byłem na na miejscu. Miejscowość nazywa się Tarma, widok z rynku
Powtórzyła się sytuacja z poprzedniego dnia. Najpierw weryfikacja ofert w biurach podróży, identyfikacja najfajniejszych miejsc i docieranie do nich solo. Właściwie na jedno wychodziło, bo kierowcy busów bardzo się starali i jak tylko było coś ciekawego do zobaczenia to się zatrzymywali i kazali zrobić zdjęcie.
I tak na przykład gdzieś po drodze do groty jest skała, która przypomina twarz Jezusa. Proszę się dobrze wpatrzeć
Widziałem też roboty w polu. Indian siejących, orzących pole osłami albo krowami, plewiących i zbierających jakieś dziwne warzywa. Niekórzy mieli buty, inni pracowali boso.
Wreszcie dotarłem do pierwszego celu turystycznego - groty
Podobno największa w Ameryce Południowej. W Peru wszystko jest “naj” w Ameryce Południowej, więc nie wiem czy mam wierzyć. Latarka mi wysiadła, więc nie osobiście jej nie spenetrowałem. Za to poszedłem sobie zobaczyć ruiny położone trochę wyżej w górach. Ruiny jak to ruiny. Bardziej zaciekawił mnie napotkany pasterz z dwustoma owieczkami, czterema pieskami i bardzo ważnym sprzętem - radiem
O ruinach powiedziano mi, że są z czasów przedinkaskich, jednak ja podejrzewam, że to po prostu pasterze układają sobie ściany z kamieni, żeby im owce nie uciekały.
Widoki z góry
Pasterz wytłumaczył mi jak dojść do kanionu widocznego na drugim zdjęciu i tym kanionem sobie wróciłem
Fajny klimat, niby 3500 m n.p.m., ale zielono i pełno ptaszków: kolibrów i jakichś wróbli z koślawymi nosami. Acha, przypomniało mi się, że w puszczy latało dużo motyli, niektóre wielkości dłoni. Oczywiście nie udało mi się zrobić żadnego zdjęcia, podobnie jak w przypadku kolibrów.
Potem jeszcze wizyta w sanktuarium, w którym dekoracja wykonana jest z wełny (być może z alpak, być może z czegoś innego). Stamtąd udało mi się złapać pick-upa na stopa.
[a przy okazji podziękowania dla sklepu Summit za zniżkę na buty]
Jakieś dzieci zarekomendowały mi pewne miejsce, mówiąć, że jest tam jezioro, ogród zoologiczny i chodowla pstrągów. Okazało się, że jest to jakieś małe centrum rekreacji, gdzie rodziny tamtejsze rodziny spędzają wolne dni. W pobliżu przepływa rzeczka i ktoś sobie zrobił hodowlę najwyżej 20 pstrągów. Park zoologiczny to dwie duże klatki, w jednej kaczki, w drugiej kury.
W drodze powrotnej spotkałem WIliamsa, kolesia, który powoził mnie po okolicy, pokazał miejscowości, które słyną z hodowli kwiatków. Jakoś o tej porze dużo ich nie ma, ale on bardzo chciał, żebym sobie zrobił zdjęcie, więc jak tylko znaleźliśmy jakieś polne kfiotki (żeby nie powiedzieć “chwasty”) to się zatrzymaliśmy i obfotografowaliśmy.

To tyle jeżeli chodzi o ostatni weekend, i tak dużo jak na 2 dni. Acha, na koniec dnia Wiliams zaprosił mnie na naleśniki. Mają one tyle wspólnego z naleśnikami co biały barszcz z czerwonym, ale smakowały! A Wiliams to trzeci peruwiańczyk, który w ten weekend zrobił coś dla mnie za darmo, a to w Peru rzadkość. Być może chciał się tylk popisać przed swoją dziewczyną, ale tak czy inaczej miły gość z niego.













niezla przygoda stary, namiar dostalem od Wiktora i czytam regularnie. gratulacje
Fajny podróż miałeś…
Jak by coś ta grota jest największa w Americe Południowej, tu jest link:
en.wikipedia.org/wiki/Sima_Pumacocha
Pozdrawiam