Tegoroczne święta postanowiliśmy spędzić troszkę egzotycznie i wybraliśmy się do Huacachina, miejsca oddalonego kilka godzin na południe od Limy (byliśmy już tam kiedyś).
Jadąc do naszego celu postanowiliśmy się zatrzymać w połowie drogi, żeby posiedzieć sobie trochę na plaży. Okazało się, że plaża jest bardzo ładna i że jest wprost wymarzonym miejscem do uprawiania surfingu. Surferzy śmiagali sobie na jednej fali nawet kilkaset metrów. Ja nie miałem przyjemności surfować, ale udało mi się namówić jednego peruwiańczyka na to, żeby mi pożyczył bodyboard na chwilkę. Jest zabawa!
Nasza plaża nazywa się “cerro azul”, jest duża, i pośrodku znajduje się molo. Jednak z tym w sopocie nie ma zbyt wiele wspólnego, co jednak wcale nie oznacza, że jest gorsze, zresztą popatrzcie
Południowa część plaży należała do surferów, molo do wędkarzy, a druga strona do rybaków. Jedni łowili, drudzy pakowali rybki do skrzynek
a jeszcze inni opróżniali sieci na brzegu, a potem gęsiego przenosili pełne skrzynki
W Cerro Azul byliśmy tylko kilka godzin, ale było bardzo fajnie. W ogóle nie planowaliśmy, że odwiedzimy to konkretne miejsce, ale jak to często bywa okazało się całkiem interesujące.
A po drodze do Cerro Azul siedziałem obok Bos(ki)ej Karmelitanki. Strasznie byłem zmęczony i wcale mnie nie ucieszyło jak zaczęła ze mną rozmawiać, ale potem wciągnąłem się w rozmowę i dwie godziny minęły szybicuteńko. Być może jeszcze ją kiedyś zobaczę, albo chociaż jej siostrę, kuzyna czy też wujka. Tak, tak, znam z opowiadań całą jej rodzinę i wszędzie jestem zaproszony. Tylko, że tak “po peruwiańsku”, więc nie wiem czy coś dojdzie do skutku. W każdym razie fajnie by było poznać Peru peruwiańczyków a nie turystów. Powiem wam, że jeszcze nigdy nie widizałem takiej siostry. Opowiadała mi, że na Wigilię mają mszę, uroczystą kolację, a potem śpiewają i tańczą do późna w nocy. Jak mówiła o tym jak tańczą to ruszała rękami, ramionami i biodrami, widać było, że w swoim zakonie tańczą nie tylko w Wigilię. I że mają kupę energii.
Sama Huacachina jak zwykle cała w słońcu, palmach i piasku
Jak widać w jeziorku (ja bym to nazwał bajorkiem, ale z szacunku dla wszystkich, którzy się tam kąpią pozostanę przy jeziorku) nawet ptaszki są. To nie jedyne ptaszki jakie tam spotkaliśmy. Właściciel naszego hostelu okazał się zapalonym hodowcą papug. Miał wszystkie możliwe, od olbrzymich ar do malutkich falistych. Ar nie dotykałem, bo podobno palec mogą odgryźć, ale z innymi mniejszymi można się było pobawić. Jak już się do nas przyzwyczaiły to towarzyszyły nam przy świątecznym śniadaniu i razem z nami jadły manga i banany.
Skoro już pokazuję to zdjęcie to tylko dla formalności dodam, że mieliśmy też i basenik.
Odwieczna atrakcja Huacachiny to sandboarding. W Wigilię przed kolacją zafundowaliśmy sobie przejażdżkę. Może się wydawać, że ta pora nie była najodpowiedniejsza, ale tylko wieczorem piasek nie parzy i da się jeździć.
Tym razem zrobiłem parę filmów i zdjęć.
To ja. W momencie, w którym robiono to zdjęcie w Polsce właśnie zaczynała się pasterka.
A to nasze pojazdy
Z kolei przed południem byliśmy w Ica, mieście, w którym robi się wino i pisco (więcej). Towarzyszył nam również jeden gringo ze Stanów Zjednoczonych, a jako że miał podobny kapelusz do mojego, okularki, był biały i wysoki to dla wszystkich Peruwiańczyków było niemal oczywiste, że to mój brat.
Więcej fotek i papug tutaj



Szymeczku! wiesz co zauwazylam? ze jak sie kliknie na powiekszenie zdjecia to jego miniaturka pojawia sie w adresie strony… Fascynujace!
do mnie nie podobny…