W ostatnią sobotę pochodziłem sobie trochę po Limie. Do miasta mnie nie ciągnęło więc poszedłem na plażę. Jak wychodziłem z domu to niebo było jak zwykle zachmurzone, ale potem wyszło słońce. Nie przewidziałem tego i zostawiłem kapelusz w domu, teraz mam za swoje i schodzi mi skóra z czoła.
Okazuje się, że w Limie całkiem nieźle można sobie pouprawiać tzw. “sporty ekstremalne”. Pierwsze co mi się ukazało to pomykające tam i z powrotem paralotnie.
Start odbywa się z klifu, potem sobie można latać i latać. Za jakieś 20 dolarów można sobie polatać wspólnie z instruktorem na paralotni dwuosobowej. Na razie nie próbowałem, trochę za dużo linek jak dla mnie.

Potem zszedłem z klifów na plażę. Nie jest to piękna piaskowa plaża do jakiej są przyzwyczajone moje delikatne stópki, więc się ani nie kąpałem, ani nie opalałem. Za to pooglądałęm sobie surfingowców. Dorwałem jakąś szkółkę i obadałem jak wygląda sprawa z nauką pływania na desce. Być może zdecyduję się na miesięczny kurs w styczniu, zobaczymy. Instruktor oczywiście mnie namawia i w ogóle zgrywa strasznego twardziela, zresztą popatrzcie na fotkę.

Ostatnim sportem ekstremalnym jaki wypatrzyłem to wspinaczka. Ścianek w Limie jest trzy, na razie zaliczyłem jedną. Zdziwiło mnie trochę to, że jest na wolnym powietrzu, ale właściwie w Limie nigdy nie pada, więc po co jakieś dachy. Wspinaczka to w Limie sport zupełnie nie popularny, wspinają się chyba sami obcokrajowcy. Wejście jest tanie, ale ścianka malutka, nie ma co porównywać do naszych krakowskich. Tłumy też zgoła inne - było 5 osób łącznie ze mną.
Zdjęcie przedstawia dwa sporty ekstremalne, a może i trzy. Pierwszy to wspinaczka, drugi to podnoszenie ciężarów, a trzeci to uciekanie przed spadającymi ciężarkami





to ja już zbieram te 20 dolarów na paralotnię :>
poważnie!