c.d. do postu Huaraz
Huaraz to miasto, które można porównać do naszego Zakopanego. Znajduje się w dolinie Callejon de Huaylas, która otoczona jest najwyższymi górami w Peru - od zachodu rozciąga się Cordillera Negra, a od wschodu Cordillera Blanca. Z limy można tu dojechać już za 30-35 soles (zł). W skład Cordillera Blanca wchodzi największa, po Himalajach, liczba sześciotysięczników, a sama nazwa “Blanca” bierze się od śniegu, który pokrywa wszystkie szczyty. Widok tak wysokich gór naprawdę robi wrażenie. Szkoda, że dobra widoczność była tylko rano - o tej porze roku po południu zawsze pada. W 1970 miało tu miejsce silne trzęsienie ziemii, które zniszczyło 80% miasta i pochłonęło 30 tys. ofiar. Dlatego teraz miasto wygląda troszkę chaotycznie.
Dla mnie Peru to przede wszystkim góry i ten wyjazd miał być swojego rodzaju aklimatyzacją. Nie liczyłem na żadne wspinaczki, ani nawet na wielki treking. Tym nie mniej jednak udało mi się namówić moich towarzyszy na to, żebyśmy ucięli sobie spacerek. Na początku poszliśmy na pobliski “Mirador”, czyli punkt widokowy, z którego można było sobie podziwiać miasto i góry

Podobno przy dobrej pogodzie można zobaczyć też i Huascaran (najwyższa góra Peru - 6768 m n.p.m.), ale my nie mieliśmy tego szczęścia. Następnie powędrowaliśmy sobie przez pobliskie wioski z chatami wśród eukaliptusów do preinkaskich ruin Wilcahuan.
Jak do nich dotarliśmy to akurat zaczęło padać. Ruiny te nieźle się trzymają jak na ponadtysiącletnie budowle i spokojnie można się było w nich schować i przeczekać deszcz.
W przewodniku przeczytaliśmy, że doskonałym sposobem na pozbycie się zmęczenia po górskich wycieczkach jest kąpiel w banos termales w pobliskim Monterrey. Gdy tam dojechaliśmy okazało się, że już są zamknięte więc postanowiliśmy napełnić nasze brzuchy. To właśnie w górach popularną potrawą są cuyes czyli świnki morskie. Wreszcie miałem okazję je spróbować. Wrażenia mam mieszane. W smaku są bardzo delikatne, ale mięska bardzo mało, poza tym nie cała sierść była usunięta, a najciekawiej to chyba wyglądała nóżka. Dodam jeszcze, że zaserwowano mi tylko 1/4 świnki, więc czuję pewien niedosyt. Na koniec zdjęcie, nie wiem czy powinienem je pokazywać, bo jest trochę obrzydliwe, ale niech już będzie :P.
W niedzielę planowaliśmy zwiedzać dalej kolejne atrakcje turystyczne, ale w końcu zdecydowaliśmy się na wycieczkę na lodowiec Pastoruri znajdujący się na wysokości 5200m n.p.m. Brzmi to trochę groźnie, ale tak naprawdę to dowieźli nas busem na jakieś 4700 i potem się szło drogą troszkę tylko trudniejszą niż ta na Morskie Oko. Ostatecznie nie wyszliśmy na 5200, bo była kiepska pogoda i padał śnieg. Jednak okazało się, że wyjściem na szczyt byłem zainteresowany chyba tylko ja, dla większości ludzi atrakcją był śnieg. Wynosili ze sobą worki, na których potem zjeżdżali, a jeżeli ktoś nie miał worka to zjeżdżał na tyłku. Ja jako jedyny miałem kijki, więc udawałem, że jeżdżę na nartach, a ludzie patrzyli na mnie jak na szalonego. Niektórzy pożyczali je sobie żeby zrobić sobie zdjęcie. Czułem się jak na górce przed blokiem. Jedyne co przypominało, że to lodowiec to dziewczyna zawodząca, że jej aparat wpadł do szczeliny.


Po dotarciu na taką wysokość troszkę nam dokuczało soroche, czyli choroba wysokościowa, ale daliśmy radę. Pomogły nam w tym liście koki, które żuliśmy jak opętani. Przyznam, że niezbyt dobrze smakują i zastanawiałem się czy głowa mnie nie bolała bardziej od liści niż od wysokości. Po powrocie jeszcze było troszkę czasu na małe zakupy i sprawdzenie czy moje buty górskie umieją tańczyć salsę. Kiepsko im idzie.
Tym samym sezon górski uważam za otwarty. Mam nadzieję, że za 2 weekendy uda się wyskoczyć na wulkan pod Arequipa, ale zobaczymy na ile okoliczności pozwolą.
I jeszcze pare fotek
Targ, na którym można było kupić liście koki

i inne mniej lub bardziej przydatne rzeczy

Stoisko z lodami, robi się je następująco: bierzemy bryłę lodu, zeskrobujemy tyle lodu, żeby napełnić szklankę, wbijamy do tego patyk, polewamy sokiem i gotowe

Widoki z miasta
i spoza miasta
Indianka opiekuje się dzieckiem, pieskiem i owieczką

A pijany indianin leży sobie na łące (zanim się zorientowaliśmy, że jest pijany zapytaliśmy go o drogę, o dziwo trafiliśmy)

I na koniec pozdrowienia od Lam
















nie cala siersc usunieta + zdjecie — indeed, obrzydliwe
fuuuj!
Ble, cóż za obrzydliwe zdjęcie!
Muszę Ci napisać że zajebiście ciekawy jest ten Twój blog
Pozdrawiam
dominik
Jeeej, trafiłam tu przez przypadek i jak mnie miło zaksoczyłeś!
Po pierwsze, że piszesz z Peru, do którego mama mojego Narzeczonego się wybiera w przyszłym roku, a po drugie, że Twoje opisy są bardzo interesujące - chodzę sobie juz od godziny chyba po Twoim blogu
super!
ble,jak można jeść takie piękne i słodkie zwierzątka?!
ale przyznam ze opowiesc ciekawa
Jak można jeść świnki morskie???Przecież to takie milutkie zwierzątaka .Powinni zakazać spozywania ich!!!!!!!! Ja napewno bym ten zakaz poparła bo sama mam świnkę morska.
P.S
Ciekawie opisujesz!!!