Wreszcie wyciągnąłem aparat

Cały czas czuję się jak dziecko. Dziwi mnie też to jak tutaj każdy się opiekuje takim gringiem jak ja. Jezeli gdzies jestem z jakimś tubylcem to nie ma mozliwosci, zeby mnie tak po prostu zostawił. Zawsze się pytają jak wracam, czekają ze mną na busa, łapią taksówkę (łatwiej im się utargować, a targować się trzeba), albo sami podwożą.

Na ulicach są same busy i taksówki, od czasu do czasu jakieś przedziwne rowero-riksze. Jeżeli chodzi o samochody prywatne to widać albo kilkunastoletnie rzęchy, albo nówki. Temat busów na pewno jeszcze powróci, bo wszędzie ich pełno i tworzą niesamowitą atmosferę na ulicach. Te klaksony, nawoływania - coś nie do opisania. Poza tym w każdym busie jest nawoływacz, który stoi w drzwiach i wychylając się nieustannie wykrzykuje do ludzi przechodzących na ulicy czy przejściu dla pieszych. Wsiąść do busa można wszędzie, raz mi tylko odmówili gdy stał koło nas policjant.

Bus w LimieBus w LimieBus w LimieBus w LimieBusy i taksówki w Limie

Przed chodzeniem w niektóre miejsca przestrzega dosłownie każdy napotkany, więc coś w tym musi być - nie sprawdzałem. Na początku naprawde bałem się wychodzić na ulicę, ale w końcu się przełamałem i ruszyłem. No i faktycznie - niektóre miejsca wyglądają mało zachęcająco

Domy w Limie

Inne są dużo bardziej zielone, ze strzyżonymi trawnikami. Przyznam, że jeszcze nigdy nie widziałem ręcznej kosiarki do trawy, ale jak widać na załączonym obrazku - działa.

Strzyzenie trawnikow

Gdzieś w okolicach centrum znalazłem ładny kościółek, jednak robiąc zdjęcie nie dostrzegłem zbliżającej się grupki pięciu odpowiedników naszych “dresów” i szybko musiałem zmykać na drugą stronę ulicy, skończyło się na komentarzach.

Kosciol i dresiki

Ogólnie rzecz biorąc miasto wygląda tak, jak się chce na nie popatrzeć. Z jednej strony ulicy mieści się Macdonald

Macdonald Miraflores

a z drugiej żywy kantor wymiany walut.

Cinkciarz

W sklepach często odnosi się wrażenie chaosu

Sklep Miraflores

a na ulicach można spotkać pucybutów

Pucybut

Jest szansa, że po weekendzie pojawią się zdjęcia o mniej miejskiej tematyce

PS. Ulepszony został dział “About”.

15 Odpowiedzi do “Wreszcie wyciągnąłem aparat”


  1. 1 JG piątek, 17 listopad 2006 @ 9:18

    Widzę, że atmosfera grozy i wiecznego napięcia. Czyli to prawda co mówią o Ameryce Południowej. W Azji akcje z chowaniem aparatu i ucieczkami przed dresami są nie do pomyślenia. Tam jak ktoś leci do Ciebie, to nie, żeby spuścić… łomot, a żeby sie przedstawić albo zostawić maila :/ Napisz coś o senioritach :)

  2. 2 wiktor piątek, 17 listopad 2006 @ 9:33

    Ulalala, w koncu wiecej konkretow. Powiem, Ci ze z jak tak sobie to czytam to dokladnie przypominaja mi sie Chiny, ruch uliczny, nawolywacze, klaksony, pucybuci. Widocznie tak wyglada zycie poza Europa. Tam tylko nie bylo cinkciarzy, bo za to to pewnie 10 lat pracy w kamieniolomie jak nic. A czy u tego goscia mozna tez kupic buksy czy tylko euro (ah wlasnie dostrzeglem, ze ma chyba tez $ na plecach, wiec pewnie tak, wiec moze sprobuj podealowoac zlotowkami)?

    A co do kosiarki to widze, ze masz slaby poglad na sprawe. Bez problemu kupisz ja w sezonie w Leroy Merlin w Krakowie :) A i na zywo mialem okazje taka kosic - juz sie nie dziwie, ze jestes dla nich gringo :P

    Take care, man!

  3. 3 Basia piątek, 17 listopad 2006 @ 12:06

    Czekam na więcej szczegółów dotyczących życia w Limie!!! Jak się tam wolny czas spędza itp…A poza tym to jestem bardzo ciekawa jakie tam jest jedzenie i czy są jakieś peruwiańskie przysmaki, zwłaszcza czekoladowe…

  4. 4 szymonperu piątek, 17 listopad 2006 @ 17:54

    Co do jedzenia to jeszcze nie probowalem wszystkiego i ciezko mi sie wypowiadac. Jak na razie daje sobie 2 tygodnie czasu na przyzywczajenie sie do innej flory bakteryjnej. Wszyscy mowia, ze brzuch boli przewaznie w drugim tygodniu, zobaczymy czy uda mi sie tego uniknac.
    Czekoladowych przysmakow to probowalem juz kilku, jedne lepsze, drugie gorsze, ale na pewno kazdy cos dla siebie znajdzie. Jak sie nazbiera wiecej informacji o jedzonku to na pewno cos zamieszcze.
    Z cinkciarzami mialem juz troche do czynienia, bo maja najlepsze kursy. Przez przypadek zorientowalem sie, ze mozna sie z nimi targowac. Z ciekawosci zapytalem jaka ma cene, odpowiedzial 3,95, na co ja pieknie podziekowalem i powiedzialem “do widzenia”. A ten zaczal za mna biec i krzyczec, ze za 4 sprzeda, ciekawe czy daloby sie wiecej. Sprobuje nastepnym razem.
    Zlotowki nie mam ani jednej, wiec sie nie potarguje. A co do przelicznika to jest bardzo prosty 1:1!

  5. 5 K@R@S poniedziałek, 20 listopad 2006 @ 13:08

    Ty EL Simon a do pracy, kiedy idzesz?? Czy juz byles?? Z tego co mi wiadomo to miala byc jakas praktyka, a ja widze ze ty tam pojechales sie pobujac busam :D

    P.S. Spoko zdjatka :)

  6. 6 Kasia - Kassel poniedziałek, 20 listopad 2006 @ 17:41

    Z zapartym tchem śledzę Twoje poczynania na obcym lądzie!
    Znasz już pieśń o kondorze? hihi :)

    Pozdrawiam Basię! :)

  7. 7 Basia poniedziałek, 20 listopad 2006 @ 20:43

    Cześć Kasiu! Dzięki za pozdrowienia!
    Też Cię pozdrawiam!!! :)))) A co do Ciebie Szymon, to stwierdziliśmy z mężem, że dosyć rzadko ten blog uzupełniasz…Słuchaj, niepokoimy się o Ciebie…Ty żyjesz, czy Ci Peruwiańczycy na obiad zjedli…:)))) Gorące pozdrowionka od nas dla Ciebie…

  8. 8 szymonperu poniedziałek, 20 listopad 2006 @ 21:05

    Odpowiadam po kolei:
    1.Do pracy poszedlem zaraz nastepnego dnia po przyjezdzie. Kultura pracy jest troche inna, ale przeciez nie zalozylem tego bloga po to, zeby o pracy pisac. Z tym ze na pewno jak nazbieram wystarczajaco zdjec i informacji to cos skrobne na ten temat.
    2.Wiem gdzie mozna zobaczyc kondory, ale o piesni o kondorze nie mam pojecia… bardzo prosze o jakies szczegoly.
    3.Staram sie pisac nie rzadziej niz dwa razy w tygodniu. Czasem wychodzi czesciej, czasem rzadziej. W ten weekend mnie nie bylo w Limie, wiec nic nie pisalem, ale juz wrocilem i za niedlugo cos sie na pewno pojawi.

  9. 9 Alinka poniedziałek, 20 listopad 2006 @ 22:44

    a ja słyszałam, że w Peru odpowiednikiem naszego czosnku, czyli lekarstwa “na wszystko”, są… liście koki!!!
    kupuje się je suszone i żuje w razie kłopotów ze zdrowiem, koncentracją, choroby wysokościowej itd. A w każdym podrzędnym supermarkecie można kupić herbatkę z koki - normalnie, w bibułowych torebeczkach, do zalewania wrzątkiem :)
    hmmm… :P

  10. 10 Kasia - Kassel poniedziałek, 20 listopad 2006 @ 23:00

    Alinka, chyba oglądałyśmy ten sam program :)
    a koka ma się tak do kokainy jak winogrona do wina, prawda?
    Jeśli o pieśń o kondorze chodzi, to podobno brzmi wszędzie, nawet w toalecie…
    hm… Szymon… Jesteś pewien, że w Peru wylądowałeś? hihi
    Pozdrawiam! Gdziekolwiek jesteś ;)

  11. 11 Novia wtorek, 21 listopad 2006 @ 8:41

    Witaj
    gratuluje wyprawy :-)
    czytam by lepiej poznac kraj mojego przyszlego meza bo ja pojecia nie mam o Peru. Dzieki za opis z podrozy.
    Pozdrawiam Basia

  12. 12 Novia wtorek, 21 listopad 2006 @ 8:42

    Witaj :-)
    czytam by lepiej poznac kraj mojego przyszlego meza bo ja pojecia nie mam o Peru. Dzieki za opis z podrozy.
    Pozdrawiam Basia

  13. 13 JacekG wtorek, 21 listopad 2006 @ 9:24

    A będzie coś o peruwiańskich dziewczynach??? I czemu mi cenzura nie puszcza moich komentarzy?? Trzeba sie zalogować czy jak??

  14. 14 Alinka piątek, 24 listopad 2006 @ 20:05

    o dziewczynach to ja mogę koledze coś powiedzieć.
    - dziewczyna szymona ;)

  15. 15 szymonperu piątek, 24 listopad 2006 @ 21:54

    Z koka na razie nie mialem wiele do czynienia - tylko herbatka. Ale w ten weekend wybieram sie w gory, gdzie juz tego bedzie wiecej i pewnie bedzie okazja pozuc sobie listki. No i porozgladam sie za kondorami :)

Napisz odpowiedź